Mój nowy blog

Mój nowy blog
(kliknij w obrazek)

30 lipca 2012

Alessandro D’Avenia „Biała jak mleko, czerwona jak krew”


Leo to szesnastolatek o bujnej czuprynie. Nie przepada za szkołą. Uwielbia za to jeździć na skuterze i grać w piłkę ze swoim kolegą Niko. Lubi przebywać ze swoją przyjaciółką Silvią, która kojarzy mu się z kolorem niebieskim, podobnie jak przyjaźń.. Chłopak jest odważny. Na lekcji potrafi doprowadzić klasę do ataków śmiechu, kiedy rozmawia z nauczycielem. Szkolny wesołek, na boisku nie mający sobie równych. Ale to tylko poza. Tak naprawdę Leo jest bardzo wrażliwy. Skrycie podkochuję się w zielonookiej Beatrice, o ognistorudych włosach. Obiekt jego westchnień to czerwień, jak miłość. Uważa, że nie może bez niej żyć. Niestety, dziewczyna zdaje się nawet nie zauważać jego istnienia. Leo dowiaduje się, że Beatrice jest chora na białaczkę. Biel walczy z czerwienią. Choroba z życiem. Chłopak postanawia zrobić co w jego mocy, aby uratować ukochaną. Ale czy nie jest za późno?


Generalnie sama fabuła do mnie nie przemawiała, ale moja mama uparcie twierdziła, że to jakiś hit i na pewno będzie super, a ona zazwyczaj podrzuca mi dobre książki. Kiedy zobaczyłam ten ogrom osób zachwycających się tą pozycją na swoich blogach, to byłam lekko zdziwiona i spodziewałam się czegoś, co zwali mnie z nóg. I wiecie co? Po kilku pierwszych rozdziałach miałam serdecznie dość. Ten pseudo-psychologiczny bełkot kompletnie niedojrzałego emocjonalnie nastolatka o miłości do dziewczyny, z którą w życiu nie rozmawiał całkowicie mnie odrzucał. Ale postanowiłam dotrwać do końca. Musiałam zrozumieć, o co chodzi z tą rzeszą fanów. Więc lekko znudzona i zirytowana przeczytałam całą książkę. I przyznaję, mam mieszane uczucia. Z jednej strony historia nie porywa. Nie siedzimy z zapartym tchem kibicując głównym bohaterom, nie czujemy tego ściskającego żołądek napięcia. Jednak lektura ma swoje plusy. Przede wszystkim to kopalnia ciekawych cytatów. Dla mnie to nie była ani opowieść o wielkiej miłości, przyjaźni, śmierci, dojrzewaniu, czy radzeniu sobie z problemami. Dla mnie to była opowieść o marzeniach. O odnajdywaniu celu własnego życia. O tym, że pomimo, że nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli, i że czasami popełniamy błędy, nigdy nie wolno nam się poddawać. O tym, że czasem należy rozejrzeć się wokół siebie i sprawdzić, czy to, czego szukamy nie jest gdzieś blisko nas.

Chciałam też zwrócić uwagę na kujący mnie w oczy napis widniejący na okładce: „Historia pierwszej miłości. Współczesne Love Story.”. Ku mojej uldze stwierdzam, że te powieści mają ze sobą niewiele wspólnego. (Na szczęście!) Poruszają podobne problemy, ale są całkowicie inne. Różnią się relacjami pomiędzy bohaterami i sposobem ich opisywania. Nie sądziłam, że kiedyś to powiem, ale „Love Story” (recenzja) wydawała mi się bardziej prawdziwa. Z drugiej strony, gdybym jeszcze raz miała czytać coś takiego, to chyba bym tego nie wytrzymała.

„Biała jak mleko, czerwona jak krew” to dobra książka. Aż dobra, ale i tylko dobra. Podobała mi się, ale nie podbiła mojego serca. Dzięki krótkim rozdziałom czyta się ją bardzo szybko. Niesie przesłanie, ale ja nie zapamiętam jej na długo. To pozycja nie dla mnie, ale nie wszystko musi się wszystkim podobać. 4/6.

27 lipca 2012

Nicole Jordan „Rozkosze damy”


Młody arystokrata, Marcus Pierce, jest przystojnym i bogatym przeciwnikiem małżeństw. Dziedziczy po zmarłym wuju tytuł hrabiego, majątek oraz, ku swojemu utrapieniu, opiekę prawną nad trzema siostrami, swoimi dalekimi krewnymi. Kobiety okryte są skandalem wywołanym przez ich rodziców. Ich matka uciekła do Francji z kochankiem, a ojciec zginął dwa tygodnie później w pojedynku o kochankę. Arabella, Roslyn i Liliana, ucząc się na błędach rodziców postanowiły nie wychodzić za mąż i otworzyły akademię, w której uczą młode panny dobrych manier. Ich nowy opiekun postanawia szybko pozbyć się kłopotu opieki nad nimi i znaleźć im odpowiednich partnerów życiowych. Siostry są oburzone i wręcz domagają się od lorda, by zaniechał wszelkich prób tego typu. Kiedy jednak hrabia poznaje Arabellę, najstarszą z sióstr, zmienia swoje życiowe plany. Ta zuchwała i uparta, pełna energii kobieta wydająca się być odporna na jego wdzięki, od razu przypada mu do gustu. Marcus proponuje jej aranżowane małżeństwo. W obliczu jej odmowy, arystokrata zawiera z Arabellą zakład. Jeżeli w dwa tygodnie nie uda mu się przekonać jej do małżeństwa wyda dokument, na mocy którego siostry pozostaną niezależne i same będą mogły decydować o swoim losie. W zamian jednak Arabella musi pozwalać mu na zaloty, spędzając z nim co najmniej cztery godziny dziennie. Kobieta jest zdeterminowana, by zwyciężyć. Wie jednak, że nie będzie to łatwe zadanie, gdyż Marcus również wywołuje w niej nieodpowiednie uczucia.


Do tej pory omijałam romanse historyczne szerokim łukiem, uparcie twierdząc, że to zdecydowanie nie dla mnie. Kiedy jednak zdesperowana nie mogłam znaleźć w bibliotece nic interesującego dostrzegłam na półce „Rozkosze damy” i przypomniałam sobie, że widziałam recenzję tej książki u Tirindeth. Postanowiłam zaryzykować – w końcu w życiu należy spróbować wszystkiego. Przyznaję, że nie żałuję. Ubawiłam się, jak nigdy. Książka może nie należy do tych ambitnych, ale jest niezwykle zabawna. To idealna pozycja dla osób pragnący odpocząć i się odprężyć. Postacie są intrygujące i dzięki temu, mimo że fabuła jest przewidywalna, lektura nie jest nudna. To moja pierwsza przygoda z tym gatunkiem i na pewno nie ostatnia. Jeżeli moja biblioteka posiada następną część z cyklu, „Usidlić piękność”, na pewno po nią sięgnę. Moja ocena to 4/6.

P.S. Tirindeth, częściej będę czytać książki, które polecasz. Dzięki! ;)

Erich Segal „Love story”



Oliwer Barrett IV to młody, bogaty i pochodzący z dobrego domu student prawa. Odnosi sukcesy zarówno w dziedzinie nauki, jak i sportu. Ma złe stosunki z ojcem, uważając go za drętwego i unikając spotkań z nim. Chłopak uwielbia imprezować i zdobywać coraz to nowe dziewczyny. Wszystko się zmienia kiedy poznaje Jennifer, kompletne przeciwieństwo siebie. Jenny studiuje w Radcliffe, jest niezwykle inteligentna i otwarta, ale niestety pochodzi z ubogiej rodziny. Kiedy Oliwer oświadcza rodzicom, że para zamierza wziąć ślub, ojciec nie potrafi się z tym pogodzić. Urażony młody student zostaje wydziedziczony. Nie niszczy to jednak planów kochanków. Młodzi pobierają się. Oliwer dalej studiuje prawo, a Jenny zarabia na ich utrzymanie. Ledwo wiążą koniec z końcem. Kiedy jednak w końcu chłopak dostaje dobrze płatną posadę w kancelarii prawnej wydaje się, że nic nie może już przeszkodzić ich szczęściu. Jednak sielanka nie trwa długo. Spada na nich wiadomość, po której nic już nie będzie takie same.

„Kto kocha nie potrzebuje nigdy mówić: przepraszam.”
 
Sięgnęłam po tę książkę, pragnąc zrozumieć czym ludzie się tak zachwycają. Uznałam, że to  i tak nie jest jakaś ekstremalnie długa lektura (ok. 100 stron), więc warto zaryzykować. Spodziewałam się opowieści o „wielkim, pięknym uczuciu, które dogłębnie mnie wzruszy”. I wiecie co? Zawiodłam się. Historia jest banalna i nudna. Gdyby była dłuższa nie dotrwałabym do końca. Jedynym, co mnie przy niej trzymało, była relacja Oliwera z ojcem. Oprócz tego postaci są bez charakteru. Gdybym miała opisać Jennifer, to wiedziałabym tylko, że miała ładne nogi i oczy. Wiem, że powstała ekranizacja powieści i może kiedyś „z braku laku” ją obejrzę, ale jakoś mnie do tego nie ciągnie. Polecam raczej obejrzeć „Szkołę uczuć” (książki nie czytałam) o podobnej tematyce. Jest dużo lepsza od „Love story”. Generalnie, lektura nie należy do najgorszych, jakie czytałam i jeżeli ktoś nie ma nic pod ręką, a jest skrajnie zdesperowany, to nie będzie strasznie zawiedziony. Po prostu nie należy się spodziewać wiele. Ot, takie sobie czytadło. „Szału nie ma”, jakby to powiedziała moja przyjaciółka. Daję 3/6.

25 lipca 2012

Emma Donoghue „Pokój”




Wyobraź sobie dziewiętnastoletnią dziewczyną, która ma całe życie przed sobą. Studiuje, ma kochającą rodzinę, plany na przyszłość. W jednym momencie, bez ostrzeżenia, ktoś jej to wszystko zabiera. Zamyka ją w dźwiękoszczelnej szopie i gwałci co noc. Nie brzmi za dobrze, co? A teraz pomyśl, że ta dziewczyna zachodzi w ciążę. Rodzi małego chłopca i uświadamia sobie, że będzie musiała go wychowywać na tych kilkunastu metrach kwadratowych. Tak wygląda życie mamy Jacka. Od siedmiu lat nie wychodziła z Pokoju. Tam urodził się jej pięcioletni synek. Nigdy nie widział trawy, nie czuł wiatru na skórze. Nigdy nie jadł lodów, ani nie bawił się klockami lego. Jednak pomimo tych ciężkich warunków Mama stwarza mu namiastkę normalności. Codziennie bawi się z chłopcem, uczy go pisać, czytać i liczyć. Na noc zamyka go w Szafie, w obawie przed przyjściem Starego Nicka. Dla kobiety Pokój to więzienie, dla Jacka dom. Dziecko nie zna innej rzeczywistości. Myśli, że poza Pokojem jest tylko kosmos. Inni ludzie, drzewa, domy istnieją tylko w telewizji. To zwykły wymysł. Jednak z biegiem czasu Mama zdaje sobie sprawę, że jej synek musi poznać świat. Wie, że muszą uciec. Tylko, że od siedmiu lat wciąż próbują wszystkiego, ale pomoc nie nadchodzi…


Są książki, obok których nie można przejść obojętnie. Takie, które wręcz pozostawiają w Tobie obrażenia psychiczne. Takie, po przeczytaniu których wiesz, że już nigdy nie będziesz taki sam. Do takich książek należy „Pokój”. Tragedia widziana oczami pięciolatka. Piekło opowiedziane dziecięcym językiem. Ta historia jest niesamowita. Wstrząsająca i wzruszająca jednocześnie. Już nigdy nie spojrzę na żadne dziecko tak samo. I nie będę się śmiała z nadwrażliwych matek. „Pokój” to przerażająca, a zarazem ciepła historia o miłości i woli przetrwania, która powinna być lekturą w liceum. Naprawdę. Uważam, ją za obowiązkową pozycję dla każdego rozpieszczonego dzieciaka. Według mnie Emma Donoghue odwaliła kawał dobrej roboty pisząc tą książkę. Jack już zawsze pozostanie w moim sercu jako najbardziej „przestradzielny” pięciolatek, jakiego znam. Daję 5,5/6 i gorąco polecam!


23 lipca 2012

Jo Nesbo „Trzeci klucz”


W czasie napadu na bank złodziej zabija młodą kasjerkę. Nie zostawia przy tym żadnych śladów na miejscu zbrodni. Technicy nie mogą znaleźć żadnego odcisku palca, zagubionego włosa z DNA, czy resztek śliny. Kompletnie nic. Facet wszedł, wziął kasę, strzelił kobiecie w łeb, wyszedł i rozpłynął się w powietrzu. Do rozwiązania sprawy zostaje powołany specjalny zespół, w którym nie mogło zabraknąć genialnego komisarza Harrego Hole i obdarzonej niezwykłym darem, młodej policjantki. Zaczyna dochodzić do kolejnych napadów. Sprawa staje się coraz bardziej poważna. Jednocześnie Hole odnawia kontakt ze starą kochanką – Anną. Po nocy, w której był z nią umówiony budzi się z morderczym kacem, nie pamiętając nic z poprzedniego wieczoru. Jakby tego było mało Anna zostaje znaleziona martwa w swoim mieszkaniu. Według raportu kornera popełniła samobójstwo, ale Harry wie, że coś tu nie gra. Zaczyna prowadzić śledztwo na własną rękę. Szybko okazuje się, że może mieć poważne kłopoty…


Nesbo po raz kolejny zachwyca swoim kunsztem pisarskim. Z Harrego uczynił takiego Dr. House’a z pistoletem. Każda część ma w sobie coś innego, przez co czytelnik nie ma wrażenia, że wciąż czyta to samo. W „Trzecim kluczu” to genialnie zaplanowana intryga. Autor się z nami bawi. Wciąż podsuwa fałszywych przestępców, sprawiając, że sami nie wiemy co o tym myśleć.  Kiedy już myślałam, że wiem kto, kogo i dlaczego zabił wszystko nagle się zmieniało i gubiłam się w fabule. To było momentami irytujące. Sprawy się ze sobą wciąż przeplatają i czasami zlewają w jedną. „Trzeci klucz” bardziej przypadł mi do gustu od „Czerwonego gardła”, ale nie pobił „Karaluchów”. Mamy tutaj Norwegię, Brazylię, mściwych Cyganów, bezwzględnych złodziei i błyskotliwego policjanta w jednym. Czyli kolejny genialny kryminał Nesbo. Już nie mogę się doczekać, aż przeczytam „Pentagram”. Daję 5/6.


Cykl powieści kryminalnych z komisarzem Harrym Hole:
Karaluchy (recenzja)
Czerwone gardło (recenzja)
Trzeci klucz
Pentagram
Wybawiciel
Pierwszy śnieg
Pancerne serce
Upiory

6 lipca 2012

Top 10: Najlepsze wakacyjne lektury

Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu ma blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu.

Dziś przyszła pora na... Najlepsze wakacyjne lektury!




Też postanowiłam wziąć udział w tej zabawie. Wychodzę z założenia, że w wakacje należy czytać te książki, na które nie mamy czasu w roku szkolnym. Niemniej jednak to okres, kiedy chętniej sięgam po te lekkie lekturki. Chyba to słońce tak na mnie działa. W rankingu starałam się umieścić coś dla każdego.



1. Lauren Oliver "Delirium" (recenzja)

2. Daniel Defoe "Przypadki Robinsona Kruzoe" - Któż czasem nie lubi poczytać powieści przygodowej? Szczególnie gdy przy okazji można poznać parę zasad survivalu. ;)

3. David Nicholls "Jeden dzień" - dowcipna, ciepła i błyskotliwa. (recenzja)

4. Dla miłośników mocniejszych wrażeń: Jo Nesbo "Karaluchy" (recenzja)

5. Cornelia Funke "Atramentowe serce" - magiczna, niesamowita opowieść z książkami w roli głównej.

6. Suzanne Collins "Igrzyska Śmierci" - Kto jeszcze nie czytał, czas najwyższy nadrobić zaległości. (recenzja)

7. Carlos Ruiz Zafon "Cień wiatru" - Jedna z najlepszych książek. Każdy powinien ją przeczytać!

8. Becca Fitzpatrick "Szeptem" - Romantyczna randka z Patchem... Mmmm :) (recenzja)

9. Meg Cabot "Papla" - lekka, pełna humoru książka. W sam raz na leniwe popołudnie.

10. Diane Setterfield "Trzynasta opowieść" (recenzja)








Letnie wyzwanie czytelnicze

Wszystkie mole książkowe zapraszam na ciekawe wyzwanie czytelnicze. W czasie kalendarzowego lata należy przeczytać przynajmniej sześć książek i recenzję jednej z nich wysłać na podany adres.



Szczegóły tutaj:

4 lipca 2012

James Dashner „Więzień labiryntu”



Strefa to spory obszar zamieszkiwany przez grupę nastoletnich chłopców otoczony ogromnym Labiryntem, do którego prowadzą cztery betonowe Wrota. W dzień Labirynt jest otwarty i Streferzy przebywają jego korytarze w poszukiwaniu wyjścia. Każdego wieczoru wszystkie Wrota są zamykane, a Labirynt przemierzają krwiożercze kreatury – Bóldożercy. Kiedy, jak co miesiąc, w Pudle (czyli długiej, ciemnej i zimnej windzie) do Strefy dostarczony zostaje nowy mieszkaniec nie budzi to żadnych podejrzeń jej mieszkańców. Chłopak, podobnie jak inni wcześniej, nie pamięta nic oprócz własnego imienia – Thomas. Jednak od razu staje się jasne, że nie jest on taki jak wszyscy. Nie płacze po kątach i nie robi w portki ze strachu. Dręczy go dziwne przeczucie, że już tu był. Mało tego. Zaczyna uważać Labirynt za swój dom. W dodatku Thomas twierdzi, że musi zostać Zwiadowcą, mimo że nie do końca wie co to oznacza. Kiedy, dzień po jego przybyciu, w Pudle po raz pierwszy do Strefy przybywa dziewczyna chłopcy zaczynają rozumieć, że nic już nie będzie takie same. Porządek zostaje zburzony. Czasu jest coraz mniej. Chłopcy będą musieli rozwiązać mroczne tajemnice Labiryntu. Thomas i dziewczyna wydają się być do nich kluczem. Czy uda im się znaleźć wyjście? I czy będą mieli do czego wracać?





„Więzień Labiryntu” wciąga od pierwszej strony. Tej książki się nie czyta. Ją się pochłania. Na okładce dumnie widnieje napis:


Więzień Labiryntu to pierwszy tom bestsellerowej trylogii porównywanej do Igrzysk Śmierci czy serii Gone. Dla wielu czytelników jest to najlepsza trylogia od czasu Igrzysk Śmierci Suzanne Collins."

Ostatnio wiele książek jest porównywanych do Igrzysk Śmierci. Mnie osobiście zazwyczaj, jak widać, to przekonuje. Ale oczywiście w takich przypadkach mam co do nich duże oczekiwania. I znów, podobnie jak Delirium, Więzień Labiryntu mnie nie zawiódł. Jest tajemniczy, niepokojący i zaskakujący. Bohaterowie są ciekawi, Labirynt przeraża, a czytając wciąż zastanawiasz się o co w tym wszystkim chodzi. Na początku irytował mnie język Streferów. Słowa typu: smrodas, klump, sztamak, świeżuch, czy purwa wydawały mi się lekką przesadą. Po pewnym czasie się przyzwyczaiłam i przestałam zwracać na nie uwagę. Jednak z perspektywy czasu myślę, że był to przemyślany zabieg. Czytelnik czuje się jak Thomas – nie do końca rozumie, co oni mówią i przez to jest zagubiony. Przeszkadzały mi również Bóldożercy. Rozumiem wszystko, ale pół krowa – pół robot to lekkie przegięcie. Oprócz tego książka jest świetna. Napięcie, niespodziewane zwroty akcji. Coś takiego lubię. Mam spore obawy przed drugą częścią. James Dashner postawił sobie poprzeczkę wysoko i boję się, że Próby Ognia mnie rozczarują. Ale póki co daję 5.5/6 i polecam fanom Igrzysk Śmierci, Gone i nie tylko.

3 lipca 2012

Lauren Oliver „Delirium”


„Czy gdyby miłość była chorobą chciałabyś się wyleczyć?”

Wiele lat temu miłość uznano za chorobę i niedługo potem opracowano sposób jej leczenia. Wystarczy zwykły zabieg – remedium – i jest się bezpiecznym. Wbiją ci tylko parę igieł do mózgu i nie masz się o co martwić. Istnieje jednak mały problem. Żeby remedium zadziałało trzeba mieć przynajmniej osiemnaście lat. Inaczej skutki mogą być straszne. Uszkodzenia mózgu, upośledzenia… Tak więc dzieci i nastolatkowie muszą w strachu czekać na osiągnięcie pełnoletności. Ale za to potem będą szczęśliwi. Już nigdy nie zaznają psychicznego cierpienia. Specjalna komisja wybierze im partnera na całe życie, będą mieć dzieci, pójdą do pracy. Będą wiedli bezpieczne i ustatkowane życie.

„Oto najbardziej zdradliwa choroba na świecie: zabija człowieka, gdy go dopada, i wtedy, gdy go omija.”


Wciąż jednak istnieją ludzie, którzy wierzą, że miłość to coś dobrego i nie chcą poddać się remedium. Podobno wszyscy zostali zabici dawno temu w czasie przenoszenia ludności do miast, ale krążą pogłoski, że nieliczni z nich wciąż żyją. Nazywani są Odmieńcami i mieszkają w Głuszy. Jest ona strefą pomiędzy miastami, które w celu ochrony mieszkańców, zostały otoczone ogrodzeniem pod wysokim napięciem. Nikt nie może wejść ani wyjść z miasta.

W tym nietypowym świecie żyje siedemnastoletnia Lena, która już niedługo ma zostać poddana remedium. Z niecierpliwością odlicza dni do zabiegu. Niczego w życiu nie pragnie bardziej niż tego, żeby mieć to już za sobą. W końcu kto jak nie ona wie najlepiej jakie są skutki amor deliria nervosa? Dziewczyna na własne oczy widziała co dzieje się z zarażonym. Jej matka była odporna na remedium. Została poddana zabiegowi trzy razy, jednak wciąż nie przestawała płakać w poduszkę za swym zmarłym mężem, czy całować córkę na dobranoc. Przed czwartym zabiegiem popełniła samobójstwo. Po prostu skoczyła z klifu. Zostawiła kilkuletnią wtedy Lenę i jej siostrę same. Zaopiekowała sięnimi ciotka. Lena zawsze wiedziała, że jej matka jest inna, ale wagę tego co robiła pojęła dopiero po jej śmierci. A jej ostatnie słowa: „Kocham cię. Pamiętaj. Tego nigdy nam nie odbiorą.” stały się dla dziewczyny przestrogą przed chorobą.


 „Każdy, komu ufamy, na kogo, jak nam się wydaje, możemy liczyć, kiedyś nas rozczaruje. Pozostawieni samym sobie ludzie kłamią, mają tajemnice, zmieniają się i znikają, niektórzy za inną maską lub osobowością, inni w gęstej porannej mgle nad klifem. Właśnie dlatego remedium jest takie ważne. Właśnie dlatego go potrzebujemy.”

 Wszystko się zmienia, gdy Lena poznaje tajemniczego Aleksa, który najwyraźniej dużo wie o Odmieńcach i Głuszy. Chłopak skłania ją do spojrzenia na delirię z innej strony. Lena sama będzie musiała zdecydować, czy Alex jest warty tego, by zachorować. Czasu jest coraz mniej. Termin zabiegu zbliża się nieubłaganie, a Lena sama nie wie czy wciąż chce go przejść. Ale przecież innego wyjścia nie ma. To jedyny sposób, żeby mogła być szczęśliwa… prawda?


„Delirium” to najbardziej  niesamowita i  czarująca książka, jaką czytałam. Pomysł na fabułę jest trafem w dziesiątkę. Nie ma tu wampirów, wilkołaków, aniołów, itp., a i tak Lauren Oliver podbija serca ludzi na całym świecie. Postacie są świetnie wykreowane. Lena jest jedną z niewielu głównych bohaterek, która niczym mnie nie wkurza. Nie jest naiwna, nie zakochuje się w pięciu chłopakach na raz, rozmyślając potem którego wybrać. Od razu budzi sympatię czytelnika. A Alex… Nie należy do gatunku bad boy, nie jest bezczelny i arogancki. Nie wykorzystuje żadnych sztuczek, czy gier, żeby Lena go polubiła. Po prostu jest sobą – cudownym, roześmianym Aleksem. Jest takim przełamaniem obecnej mody. Pokazaniem, że zwykli, mili faceci też mogą być dobrym materiałem na chłopaka.

 „Delirium” pokazuje miłość z innej strony. Uświadamia nam, kim bylibyśmy bez niej i ile byłoby wtedy warte nasze życie. Mimo, że historia jest fikcyjna to książka wydaje się być prawdziwa. Delikatne uczucie łączące Lenę i Aleksa, umieszczone w świecie, w którym zwykłe złapanie kogoś za rękę jest przestępstwem, jest po prostu magiczne. Sprawia, że sami chcemy być chorzy. Chcemy, żeby zawładnęła nami amor deliria nervosa. Bez względu na skutki.

 Na okładce „Delirium” książka porównywana jest do „Igrzysk śmierci”. Głównie z tego powodu po nią sięgnęłam i naprawdę się nie zawiodłam. Obie historie mnie urzekły i obie pozostaną tymi ulubionymi. Możemy też znaleźć informację, że „Delirium” to trylogia. Osobiście już nie mogę doczekać się kontynuacji. Ciekawość o następne części zżera mnie od środka. ;)

 Moim zdaniem „Delirium” jest kolejną świetną powieścią osadzoną w państwie totalitarnym. Jest genialna poczynając od ślicznej okładki i na ostatniej stronie kończąc. Z czystym sumieniem polecam wszystkim, niezależnie od wieku. Moja ocena to 6/6.

 „Miłość – jedno słowo, niby nic, nieznaczne jak ostrze noża. Właśnie tym jest: ostrzem, krawędzią. Przechodzi przez środek twojego życia, dzieląc wszystko na pół. Przed i po. Cały świat spada na którąś ze stron.
Przed i po. I w trakcie – moment na krawędzi.”