Mój nowy blog

Mój nowy blog
(kliknij w obrazek)

30 grudnia 2012

Marcel A. Marcel „Oro”


„Oro” był dla mnie od początku zagadką. Dziwny autor, jeszcze bardziej nietypowy tytuł. Opis na okładce też niewiele mówił. Przeczytałam kilka bardzo pozytywnych recenzji tej książki i kiedy dowiedziałam się, że mogę ją znaleźć w swojej bibliotece, zaintrygowana od razu ją wypożyczyłam. Szczerze powiedziawszy, to zaczynając czytać „Oro” wciąż nie do końca wiedziałam, o czym to jest.


„Nie ma złych dzieci. Są tylko dzieci niekochane.”


Lena ma trzynaście lat. Jako niemowlę została znaleziona w „Oknie życia” i od tej pory mieszkała w domu dziecka. Trafiła do kilku rodzin zastępczych. Zawsze jednak wracała do bidula. Nikt nie chciał dziewczynki, która rozmawia z przedmiotami.


Właśnie przyjechali po nią nowi rodzice. Mama Wanda i tato Roman zabierają ją do swojego domu. Tam czekają już na nią pozostałe dzieci, jej nowe rodzeństwo. Każdy z nich jest wyjątkowy. Iskra cierpi na ADHD, Arnold ma problemy z odżywianiem, Cienka zmaga się z dodatkowymi kilogramami, Memory jest młodym geniuszem, a najmłodszy, Oko, stale przekręca różne wyrazy i zadaje mnóstwo pytań. Rodzinka wydaje się być trochę zwariowana, ale sympatyczna. Lena jednak wie, że to tylko złudzenie. W końcu i tak ją oddadzą. Tak jak pozostali, ta rodzina też nie będzie jej chciała. Dlatego dziewczyna postanawia, że nie pozwoli kolejny raz się zranić. Nie przywiąże się do nich, nie pokocha. Wtedy właśnie pojawia się Oro, który wszystko komplikuje…


„Dziś jest fajnie, żeby jutro bardziej zabolało.”


„Oro” to mieszanka różnych postaci, charakterów i problemów. Trzeba przyznać, że Dana Łukasińska i Olga Sawicka, ukrywające się pod pseudonimem Marcel A. Marcel, genialnie wykreowały bohaterów. Każdy z nich ma swoje wzloty i upadki, momenty słabości i lęki. Trudno nie polubić któregokolwiek z nich. We mnie największą sympatię wzbudził Oko. Uroczy, trochę wścibski pięciolatek, zasypujący wszystkich masą pytań.


„Oro” porusza mnóstwo problemów. Przewijają się tutaj tematy przemocy domowej, alkoholizmu, czy fanatyzmu religijnego. Możemy też sporo dowiedzieć się o ADHD, czy zespole sawanta. Myślę również, że autorki doskonale pokazały psychikę dziecka z bidula. „Oro” jednak to przede wszystkim książka o tolerancji i potrzebie akceptacji. O tym, że każdy zmaga się z jakimiś problemami, nikt nie jest idealny. Czasami warto przyjrzeć się drugiemu człowiekowi, nawet gdy rani innych. Może on sam nie potrafi sobie z czymś poradzić.


„(…) czasem nie trzeba magii czytania w myślach, by zrozumieć drugiego człowieka.”


Niestety sporą wadą książki jest język. Rozumiem, że grupą docelową autorek była młodzież, ale nagminne używanie wyrazów typu „jumadafaka” jest po prostu śmieszne. Dla każdej grupy wiekowej. Pomijając ten fakt, lektura jest naprawdę dobra. Zastosowano tu trzecioosobową narrację, co moim zdaniem było trafionym zabiegiem, bo gdyby dorzucić tutaj dygresje Leny, „Oro” straciłby cały swój urok. 

Wydanie wypełnione zostało ilustracjami, które szczerze powiedziawszy często miały niewiele wspólnego z treścią albo pojawiały się zbyt wcześnie. Niemniej jednak, są ciekawym dodatkiem do lektury.


„Oro” to bardzo mądra, podnosząca na duchu książka, w której każdy znajdzie coś dla siebie. Niezwykła, trochę tajemnicza i przede wszystkim magiczna. Z mocnym przesłaniem. O miłości, rodzinie, odnajdywaniu siebie i życiu z innymi ludźmi. Polecam! Moja ocena: 5/6.


„Kochasz kogoś całym sercem, a on ciebie albo mniej. Albo węziej, albo kwadratowiej, albo wcale. Prędzej czy później, odsyłasz tę miłość do sierocińca niechcianych uczuć.”

20 grudnia 2012

Trudi Canavan „Nowicjuszka”



Sonea została nowicjuszką. Dziewczyna nigdy nie sądziła, że pozostali uczniowie przyjmą ją w Gildii z otwartymi ramionami. Nie przypuszczała jednak, że spotka się z czystą nienawiścią. Chłopak z jej grupy, Regin, który szybko zdobył sympatię pozostałych uczniów, obrał sobie za cel upokarzanie jej na każdym kroku. Nie pomogły starania Rothena, który został teraz mentorem Sonei, o nauczenie podopiecznej dobrych manier i zwyczajów panujących w Domach. Wydaje się bowiem, że Regin nie cofnie się przed niczym, by jak najbardziej uprzykrzyć życie dziewczynie.

W tym samym czasie Dannyl, który właśnie został Drugim Ambasadorem Gildii, wyrusza w podróż po Krainach Sprzymierzonych ze swoim pomocnikiem Tayendem. Mężczyźni, oprócz spraw politycznych, mają do wypełnienia ważną misję. Ambasador Lorlen poprosił Dannyla, by ten ruszył śladem podróży Wielkiego Mistrza, Akkarina. Mag nie wie jeszcze, że trafi na dawno zapomnianą, starożytną magię.

„Obawiam się, że najbardziej niepokoi mnie ta niejasność. Kto wie, co naprawdę jest dobre, a co złe? Przeczytałem więcej książek niż większość znanych mi ludzi, ale nie odnalazłem jednoznacznej odpowiedzi.”

„Nowicjuszka” to druga część Trylogii Czarnego Maga. Zgodnie z tym, co słyszałam, o niebo lepsza od „Gildii Magów”. Znajdziemy tu więcej akcji, intryg i piętrzących się pytań. To nie jest tylko opowieść o krainie pełnej magów, nietypowych zjawisk, czy wielkich tajemnic. Pod tą całą fantastyczną otoczką kryje się mądra historia o akceptacji, tolerancji, czy przemocy psychicznej.

Narracja jest trzecioosobowa, rzadko spotykana w książkach dla młodzieży. Tutaj jednak jest to idealny zabieg. Jeżeli chodzi o główną bohaterkę, to Sonea jest rozsądna, mądra i odważna. Chętnie i pilnie się uczy. Dba o swoich bliskich i stara się ich chronić. Bliżej poznajemy również postacie Dannyla i Lorlena. Dowiadujemy się, że świeżo upieczony ambasador jest bardziej skryty, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Lorlen natomiast zmaga się z wyrzutami sumienia, zarzucając sobie, że nie odkrył wcześniej, że Akkarin zajmuje się czarną magią. Wielki Mistrz nie wydaję się jednak być tak okrutny, jaki podobno jest. Jest surowy, tajemniczy, ale nie do szpiku zły.

„Kiedy się spędziło pół życia na zaprzeczaniu pogłoskom, rodzi się w tobie rodzaj zrozumienia dla ludzi, między których zaliczają cię w plotkach. Nieakceptowane upodobanie i życie w taki sposób, że albo się go wypiera, albo trzeba je ukrywać za wszelką cenę, musi być okropne.”

W tej części pojawia się również wątek miłości. Nie gra on jednak pierwszych skrzypiec w powieści. Jest jedynie subtelnym dodatkiem dopełniającym całości. Dorrien, syn Rothena, przyjeżdża w odwiedziny do ojca i przy okazji umila czas Sonei. Trudno się nie uśmiechnąć wspominając o tym chłopaku. Mieszka on na wsi, daleko od Gildii i jako uzdrowiciel pomaga miejscowej ludności. Jest trochę starszy od tytułowej nowicjuszki. Nie jest jednak schematycznym bad boyem. Wręcz przeciwnie. Dorrien to miły, pomysłowy i ciepły facet. Z chęcią oprowadza Soneę po budynku uniwersytetu, pokazując jej znane niewielu osobom zakątki. Uroczy i sympatyczny. Naprawdę, nie da się go nie lubić.

„Nowicjuszka” to dobra książka fantasy. Australijska pisarka wspaniale buduje napięcie, nie pozwalając czytelnikowi oderwać się od lektury. Napisana z morałem i budząca apetyt na kolejną część. Moja ocena: 5,5/6.

Trylogia Czarnego Maga:
Nowicjuszka
Wielki Mistrz

16 grudnia 2012

Kerstin Gier „Czerwień rubinu”



Szesnastoletnia Gwendolyn dorasta w dość nietypowej rodzinie. Wraz z matką i młodszym rodzeństwem mieszka w Londynie u Lady Artisty, swojej babki. W posiadłości schronienie znalazła również kuzynka Gwen, Charlotta, która według przekonań rodziny posiada gen podróży w czasie. Od dziecka przygotowywana jest na to, co ją czeka. Pilnie uczy się historii, innych języków, pobiera lekcje fechtunku. Wszyscy z niecierpliwością wyczekują pierwszych oznak ujawnienia się u niej genu. W tym samym czasie Gwen wiedzie życie „zwyczajnej” nastolatki. Jest przeciętną uczennicą, całe dnie spędza ze swoją przyjaciółką Leslie. Uwielbia oglądać filmy.

Pewnego dnia to jednak Gwen, a nie Charlotta  przenosi się w czasie o co najmniej sto lat. Dziewczyna dowiaduje się, że jest rubinem – dwunastym i ostatnim podróżnikiem w czasie. Wraz z jedenastym posiadaczem genu, przystojnym i aroganckim Gideonem, musi wypełnić misję, na którą nie była przygotowana. Misję, która powierzona zostaje jej bez zaufania. Strażnicy wiedzą bowiem, że niektórym zależy na jej niewypełnieniu, a któż może przewidzieć, co postanowi młoda Gwendolyn…

„Okej. To ja sobie teraz zemdleję.”

„Czerwień rubinu” to pierwsza część bestsellerowej Trylogii Czasu. Książka już niebawem doczeka się ekranizacji. Niemiecka pisarka dzięki niej zdobyła rzesze fanów na całym świecie. Zapewniam Was, że nie bez powodu.

Książka jest pisana lekkim językiem. Autorka zastosowała pierwszoosobową narrację, która idealnie sprawdza się w tego typu lekturach.  Ta historia ma w sobie coś co przyciąga. Coś, co sprawia, że czytelnik nie potrafi się od niej oderwać i dopiero po jakimś czasie dostrzega, że aż tyle przeczytał. Czas przestaje mieć znaczenie, zapomina się o wszystkim innym. To jak narkotyk, którego z każdą kolejną stroną, pragniemy coraz bardziej.

„Co było gorsze? Zwariować czy naprawdę podróżować w czasie? Chyba to drugie, pomyślałam. Na to pierwsze pewnie można brać jakieś tabletki.”

Gwendolyn, która jest narratorką, to postać, której ciężko jest nie polubić. Ma wady, nie jest perfekcyjna. Często popełnia błędy, ale to tylko dodaje jej autentyczności. Pomimo sytuacji w jakiej się znalazła, stara się jak najlepiej się w niej odnaleźć i wypełniać powierzone jej obowiązki. Bywa złośliwa, czasami sarkastyczna. Ma swoje zdanie. Gideon natomiast jest do bólu schematyczny. Typowy bad boy, arogancki, często bezczelny, ale pod wpływem uczucia potrafi być również czuły i opiekuńczy. Zielone oczy, półdługie kasztanowe loki… Mam słabość do takich facetów, więc Gideon również podbił moje serce. W „Czerwieni rubinu” znajdziemy mnóstwo drugoplanowych postaci, równie wartych uwagi. Urzekająco oddana i zabawna przyjaciółka Gwen, Leslie, zdziwaczała ciotka Maddy, miewające wizje dotyczące przyszłości.
 
„Czerwień rubinu” to książka fascynująca, zdecydowanie wyróżniająca się spośród innych. Historia jest niebanalna, trochę tajemnicza. Pełna humoru i typowego dla siebie uroku. Subtelny wątek romantyczny dodaje jej smaku. Akcja jest dynamiczna. Autorka doskonale buduje napięcie. Zakończenie pozostawia pewien niedosyt, sprawia, że czytelnik od razu chce sięgnąć po kolejną część. Co tu dużo mówić, po prostu się w niej zakochałam.

„Tajemnica ma wielką moc i daje wielką moc temu, kto potrafi ją wykorzystać, ale moc w rękach niewłaściwego człowieka jest bardzo niebezpieczna.”

Z czystym sumieniem polecam tę książkę zarówno młodszym, jak i starszym czytelnikom. Każdy znajdzie w niej coś interesującego. Już nie mogę się doczekać, aż dorwę „Błękit szafiru”. Moja ocena: 6/6.

 Cała trylogia:
 

13 grudnia 2012

Albert Camus „Dżuma”, czyli dlaczego młodzież nie czyta książek



Ponad połowa moich rówieśników zapytana, jakie książki czytała w swoim życiu, bez namysłu odpowiada „żadnej”. W przypadku dziewczyn można trafić też na „tylko Zmierzch”. Zastanawialiście się kiedykolwiek, czemu tak się dzieje? Zawsze szkoda mi było takich ludzi. Uważam, że rezygnując ze świata książek na rzecz telewizji i internetu, omija ich coś niezwykłego. Sami zamykają sobie przed nosem drzwi do krainy własnej wyobraźni.



Jednak po przeczytaniu mojej ostatniej lektury szkolnej,  „Dżumy” zaczęłam takie osoby bardziej rozumieć. No, bo pomyślcie tylko… Jeżeli ktoś nie czytał w dzieciństwie książek, bo go do tego nie ciągnęło/ rodzice nie zachęcali/ chodził wtedy po drzewach i jedyne, na jakie trafia to lektury, to ja się mu wcale nie dziwię. Też nienawidziłabym książek w takim przypadku. Mimo, że z reguły staram się skrupulatnie sięgać po obowiązkowe pozycje, to niestety jest to dla mnie często istna męka. Ja rozumiem, że z punktu widzenia szkolnictwa ważne jest, aby młodzi ludzie znali choć trochę klasyki, ale szczerze powiedziawszy, do dziś nie wiem, czego nauczył mnie „Stary człowiek i morze”.



Tak więc przeciętny licealista, zniechęcony po gimnazjum „Krzyżakami”, „Dywizjonem 303”, czy „Starym człowiekiem…”, zakładając, że nie porzucił całkiem czytania lektur na rzecz opracowań, sięga po „Dżumę” Camusa. Książka noblisty, „ukazująca znaczenie ludzkiego sumienia” – jak powiedziała moja polonistka. I co nasz licealista dostaje?



Mamy lata 40. ubiegłego wieku, dość burzliwe dla świata. W Oranie, francuskiej kolonii w Algierii, masowo zaczynają umierać szczury. Są dosłownie wszędzie – wchodzą do domów, hoteli, sklepów. Kiedy dziwna choroba przenosi się na ludzi, społeczeństwo panikuje. Pada wyrok – to bezapelacyjnie dżuma. Miasto zostaje zamknięte, epidemia się rozprzestrzenia.



Więcej Wam nie powiem, nie chcę zdradzać szczegółów (w razie jakby ktoś po mojej ogromnie zachęcającej recenzji postanowił przeczytać tę książkę).



Sama fabuła wydawała mi się być ciekawa. Dawno zapomniana choroba, gdzieś w jakiejś mieścinie, panika, ból, cierpienie, strata bliskich – zapowiadało się interesująco. Niestety, tylko się zapowiadało. Po pierwsze książka jest straaaasznie monotonna. Niby język jest w porządku i nie wiem, czy to konstrukcja zdań, czy coś innego, ale ona po prostu usypia. To było najdłuższe 200 stron w moim życiu! Tę cieniutką książeczkę czytałam trzy tygodnie! Dla porównania, od wczoraj przeczytałam ponad 300-stronnicową „Czerwień rubinu”. 





Za dużo tutaj opisów ogółu ludności, za mało sytuacji pojedynczych jednostek. Poza tym myślę, że gdyby autor o połowę skrócił swoje kontemplacje na temat reakcji człowieka, w trudnych sytuacjach, itp. (niektóre miały po 15 stron!) to książka zyskałaby trochę więcej dynamizmu. „Dżuma” to takie trochę surowe podanie faktów, które powinny targać uczuciami, ale przez sposób przekazu, jedynie nużą. Szczerze powiedziawszy, to po pewnym czasie miałam już gdzieś, co stanie się z tymi ludźmi. Jak dla mnie, mogła pozostać jedynie garstka osób, zmuszona do poradzenia sobie z ciałami zmarłych. Przynajmniej działoby się coś ciekawego. A tak, marzyłam tylko o dobrnięciu do finału i wciąż sprawdzałam, ile mi jeszcze zostało stron do końca.



Ale wiecie, co jest w tym wszystkim najgorsze? Po tej całej męczarni, poszłam do szkoły i napisałam kartkówkę z wiedzy o „Dżumie”. Pytania były takie, że ja na większość nie znałam odpowiedzi, a ci, którzy czytali opracowanie, wiedzieli wszystko. Ale jasne, najlepiej zapytać, kto powiedział po raz pierwszy, że wybuchła dżuma (na 29. stronie, sprawdziłam), mimo, że później ani razu nie pojawił się w książce. Wniosek jest jeden - nie warto czytać lektur.



Gdybym miała czytać „Dżumę”  jeszcze raz, bez wahania wybrałabym opracowanie. To zdecydowanie książka nie dla mnie. Nie mniej jednak polecam ją wszystkim, którzy cierpią na bezsenność – dzieło Alberta Camus to innowacyjny lek na tę chorobę. Moja ocena: 1/6.

10 grudnia 2012

S. J. Watson „Zanim zasnę” (audiobook)



Wyobraź sobie, że budzisz się rano w obcym łóżku, obok obcego mężczyzny. Wstajesz, idziesz do łazienki. Spanikowana marzysz tylko o tym, aby stamtąd uciec zanim do jego sypialni wpadnie wściekła żona, albo rozwrzeszczane dziecko. Jak w ogóle mogłaś wpakować się w coś takiego? Starszy facet i to w dodatku z obrączką! I wtedy zdajesz sobie sprawę, że ręka leżąca na umywalce nie należy do ciebie. Patrzysz w lustro i widzisz obcą kobietę, starszą i grubszą niż ostatnio. Tylko oczy wydają się być jakieś znajome…



Tak wygląda każdy dzień Christine. Co rano dowiaduje się, od męża, że cierpi na rzadki przypadek amnezji. Od dwudziestu lat, na skutek wypadku samochodowego, kobieta nie ma ani pamięci krótko, ani długotrwałej. Jest w stanie zapamiętać zaledwie jeden dzień, czyli za każdym razem budzi się z „czystą kartą”. Codziennie odkrywa również, że jej życie nie jest tak proste, jakby się mogło wydawać. Christine, w tajemnicy przed mężem, spotyka się z  lekarzem, który stara się jej pomóc odzyskać pamięć. Kobieta, w ramach ćwiczeń, prowadzi dziennik, w którym zapisuje wszystko, co robi. Powoli odkrywa, że mąż nie zawsze mówi jej prawdę. Żona zaczyna zadawać mu niewygodne pytania. Zbiera kolejne elementy układanki jej utraconego życia. Rzeczywistość przerasta jednak jej najgorsze oczekiwania…



„Zanim zasnę” to dobrze skonstruowany  thriller psychologiczny. Fabuła początkowo jest odrobinę monotonna. Przez to autor jednak pokazuje schematyczność codzienności Christine. Później akcja przyspiesza coraz bardziej wciągając nas w bieg wydarzeń. Historię poznajemy z punktu widzenia głównej bohaterki, co sprawia, że przeżywamy to, co ona. Jesteśmy skołowani, zaczynamy się zastanawiać, co jest prawdą, a co nie. Gdzie jest granica pomiędzy chronieniem ukochanej, a kłamstwami? S. J. Watson sprawia, że czytelnik czuje się jakby wpadł w pułapkę pamięci. Zagubienie, niedowierzanie, czasem rozpacz – takie emocje wzbudza ta lektura. Książka zwraca uwagę na to, jak niesamowite możliwości kryje ludzki umysł. Jeżeli kogoś interesuje fenomen działania pamięci i niesamowite mechanizmy powstawania wspomnień na pewno nie będzie się nudził.



Na pochwałę zasługuje kreacja postaci Christine. Jej reakcje są naturalne, niewymuszone. Jest bardzo „ludzka”. Czytelnik czuje się, jakby obok niego stała osoba z krwi i kości. Jej emocje wprost kipią ze stron książki. Łatwo wczuć się w sytuację kobiety. To przerażające pomyśleć, że i my moglibyśmy codziennie rano budzić się nie pamiętając ostatnich 20 lat.



Po lekturę sięgnęłam w formie audiobooka, więc czas na kilka słów o sprawach technicznych. Nie wiem czy  to dlatego, że zaczęłam się przyzwyczajać do takiej formy książek, ale lektorka bardzo przypadłą mi do gustu. Joanna Jeżewska ma przyjemny, naturalny i pasujący do Christine głos. Wcielanie się w inne postacie również wychodziło jej całkiem sprawnie i nie brzmiało sztucznie.



Zakończenie jest spektakularne, zaskakujące i trzymające w niepewności. „Zanim zasnę” to niesamowita książka poruszająca problem amnezji. Wciągająca i mocno niepokojąca. O kłamstwach, miłości, może nawet szaleństwie. Trzyma w napięciu i długo nie pozwala o sobie zapomnieć. Poruszająca historia walki o własną tożsamość. 5/6.


3 grudnia 2012

Pierwszy sportowy audiobook w Polsce!



Niedawno miała miejsce premiera wydanego przez platformę Audeo audiobooka  „Trzy mądre małpy” Łukasza Grassa czytanego przez Bartłomieja Topę. Jest to pierwszy tytuł z cyklu „Audiobiblioteki sportowca”, do którego dołączą kolejne.


”Kiedy łapie cię zadyszka po wejściu na drugie piętro, a waga pokazuje trzy cyfry, możesz albo zaakceptować siebie, albo... wziąć się do roboty. Kiedy zawodowo jesteś na skraju wypalenia i przestajesz widzieć sens w tym, co robisz, możesz albo zaakceptować ten fakt, albo... wziąć się do roboty.

Łukasz Grass w obu przypadkach wybrał to drugie rozwiązanie. Źródłem pozytywnych zmian był dla niego triathlon. „Trzy mądre małpy” nie są jednak ani poradnikiem, ani opisem drogi "od zera do bohatera". To bardzo intymny notatnik męża, ojca, dziennikarza i zawodnika. Po tej lekturze nabiera się ochoty, żeby wyłączyć telewizor, włożyć na nogi sportowe buty i iść pobiegać. A potem z nową energią można zacząć realizować swoje marzenia.”

Została również stworzona specjalna strona internetowa dla „Audiobiblioteki sportowca”: www.audiotrening.pl

Audiobook jest już dostępny tutaj.

Co myślicie? Chcielibyście posłuchać?