Mój nowy blog

Mój nowy blog
(kliknij w obrazek)

4 lipca 2016

Vibi wraca do wirtualnej rzeczywistości

http://vibibloguje.blogspot.com/



„Wracam do blogowania!” oznajmiłam radośnie wparowując do pokoju, w którym siedziała moja mama.  Jej oczy tylko na chwilę przeniosły się z książki na moją twarz obdarzając mnie przelotnym uniesieniem brwi.

-Mówię poważnie! – nie traciłam rezonu. – Mam już opracowany plan.

- Mhm… - wciąż sceptyczna mina.

- Tym razem nie tylko recenzje, chcę pisać więcej – przekonywałam.

- Wrzucisz dwa posty i zapomnisz o sprawie. To bez sensu – rzuciła tylko.

Ostatni raz, kiedy ze zwykłą dla siebie pewnością mówiła mi, że czegoś nie zrobię rozmawiałyśmy o studiach. „Choćbyś nie wiem, co robiła, nie dostaniesz się. Jesteś zbyt leniwa i za mało ambitna” – skwitowała krótko.

Byłam tak wściekła, że cały materiał z biologii powtórzyłam gruntownie w miesiąc. Ograniczyłam swoje życie do jedzenia, spania i nauki. Kiedy stałam z papierami przed dziekanatem uczelni medycznej jedyne co chciałam jej powiedzieć to „Nie mów, że czegoś nie zrobię”.

Tak więc wyszłam z pokoju, usiadłam do komputera i napisałam kolejne dwa wpisy. Dwa już oczywiście miałam gotowe. Odpaliłam stare konto na bloggerze, kliknęłam w przycisk „Nowy blog” i kilka chwil później był już gotowy do wrzucania postów.


Dlaczego nowy blog? Książki… skupiał się głównie na recenzjach, a niestety nie mam już tyle czasu na czytanie, co kiedyś. Poza tym, jak to niektórzy lubią podkreślać, żadna już ze mnie nastolatka. ;) Oczywiście, wszystko, co się tam pojawiło zostaje. Nawet nie wiecie, jak mnie ucieszyło, kiedy zobaczyłam statystyki. Miło mi, że wciąż tam ktoś zagląda. Dziękuję również za zostawiane komentarze i tych, którzy prosili, żebym wróciła zapraszam w nowe miejsce.

Na pewno pojawią się tam recenzje książek, luźne dywagacje o maturach, czy moich studiach. Niewykluczone też wątpliwie rzeczowe rozprawy o życiu. Po prostu będę pisać. Za bardzo za tym tęskniłam.

Witam i mam nadzieję, że zostaniecie tu na dłużej.

3 marca 2014

Zieleni mówimy nie!

Odkąd trochę lepiej radzę sobie z obsługą bloggera miałam zamiar zmienić wygląd bloga. Zieleń mi się przejadła. Wreszcie nadszedł ten wielki moment i tadam tadam możecie podziwiać efekty.


Jeszcze nie wszystko dopracowałam. Nie wiem na przykład, jak zmienić tło komentarzy, a ikonki społecznościowe są chyba za jasne…Wydaje mi się jednak, że jest dużo lepiej. Tutaj macie porównanie (po kliknięciu zdjęcie się powiększy):


Tym, którzy też chcieliby wprowadzić u siebie jakieś zmiany polecam TEN BLOG. Prosto wytłumaczone tutoriale, nawet dla tych, którzy nigdy nie mieli do czynienia z html.


Jak Wam się teraz podoba? Co jeszcze byście zmienili?

30 stycznia 2014

John Green „Szukając Alaski”

John Green to człowiek, który udowadnia, że można napisać książkę, która jednocześnie rozbawi, wzruszy i sprawi, że chwilę się zastanowisz. Swoją przygodę z jego twórczością zaczęłam od „Gwiazd naszych wina”. Teraz przyszedł czas na debiut autora – „Szukając Alaski”.


„Spędzasz całe swoje życie w labiryncie, zastanawiając się, jak któregoś dnia z niego uciekniesz i jakie niesamowite to będzie uczucie, wmawiając sobie, że przyszłość pomaga ci przetrwać, ale nigdy tego nie robisz. Wykorzystujesz przyszłość, aby uciec od teraźniejszości.”


Miles to samotnik, którego hobby jest zapamiętywanie ostatnich słów sławnych osób. Przenosi się do szkoły z internatem w Culver Creek w poszukiwaniu Wielkiego Być Może. Jego współlokatorem zostaje Pułkownik, organizator najlepszych kawałów, który wciąga chłopaka w swoje towarzystwo. Przekornie nazywany Kluchą Miles poznaje Takumiego, Larę i przede wszystkim piękną, wygadaną, bezpośrednią i tajemniczą Alaskę. Czy dzięki nowym przyjaciołom chłopak odnajdzie to, czego szuka?


„Szukając Alaski” to książka o przyjaźni, miłości, stracie, śmierci i poczuciu winy. Okraszona sporą dawką humoru historia niesie ze sobą uniwersalne przesłanie. Napisana o młodych ludziach, ale niekoniecznie przeznaczona tylko dla nich. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie.
Jak na Greena przystało wykreowane postacie są z krwi i kości. Każdy ma swoje wady i coś, co czyni go wyjątkowym. Popełniają błędy, zakochują się w niewłaściwych osobach. Dzięki ich plastycznym opisom czujemy się jakbyśmy znali ich osobiście.


„Wiesz kogo ty kochasz, Klucha? Kochasz dziewczynę, która cię rozśmiesza, pokazuje ci porno i pije z tobą wino. Nie kochasz szalonej, smętnej suki.”


Nie będę kłamać, w porównaniu do „Gwiazd naszych wina”, „Szukając Alaski” wypada blado. Oceniając ją jednak bez patrzenia na to, kto jest autorem, książka jest świetnym debiutem. Do bólu prawdziwa, zabawna i bez zbędnego patosu mówiąca o problemach, które dotykają wszystkich. Jednocześnie smutna i optymistyczna. To jedna z tych pozycji, których się nie zapomina.


Jej jedyną wadą jest przesada odnośnie zachowań nastolatków. Nie wszyscy pozbawieni opieki rodziców od razu tylko piją, palą, ćpają i uprawiają seks.


„Szukając Alaski” to książka oryginalna i refleksyjna. Sami sięgnijcie po debiut niezwykle utalentowanego pisarza i spróbujcie odpowiedzieć na pytanie: „Jak wydostać się z tego labiryntu cierpienia?”. 5,5/6

Wracam

Wiem, że mój blog wygląda tak jakbym go bezpowrotnie porzuciła. Po części tak było. Jakoś straciłam ochotę do pisania recenzji, czasu było coraz mniej, nauki w szkole coraz więcej i tak jakoś wyszło, że ostatni post wrzuciłam na początku lipca. Od tego czasu znajomi ciągle namawiali mnie, żebym coś napisała, ale poważnie zastanawiałam się, czy nie dać sobie z tym spokoju.


Byłam przekonana, że blog umiera sobie śmiercią naturalną, więc kiedy ostatnio weszłam na maila była pozytywnie zaskoczona, że wciąż komentujecie moje recenzje. Dziękuję Wam, że przez ten czas mnie odwiedzaliście, a nawet dołączaliście do obserwatorów.


Nie obiecuję, że od teraz będę pisała często, ale mam nadzieję, że przynajmniej w miarę systematycznie. Chcę nadrobić dosyć spore zaległości. Na mojej półce na LC „W kolejce do recenzji” znalazło się aż 25 książek. Nie wiem, czy uda mi się napisać o wszystkich, ale będę się starała. Może część opiszę zbiorczo. Zaraz dodam post o „Szukając Alaski” Johna Grena. Co prawda „Gwiazd naszych wina” poznałam wcześniej, ale wolałam pisać na świeżo.


Mam nadzieję, że wciąż będziecie mnie odwiedzać. Jeszcze raz dziękuję, że o mnie nie zapomnieliście.

3 lipca 2013

Virginia C. Andrews „Kwiaty na poddaszu”

Dollangangerowie - piękni, kochający rodzice, dwunastoletnia Cathy, piętnastoletni Chris i pięcioletnie bliźnięta Carrie i Cory – żyją jak w bajce. Ich sielankowy świat zostaje jednak brutalnie zniszczony, kiedy w wypadku samochodowym ginie głowa i jedyny żywiciel rodziny. Załamana Corrine w obliczu piętrzących się długów i problemów postanawia zwrócić się o pomoc do rodziców, z którymi przed laty utraciła kontakt. Tłumaczy dzieciom, że ich dziadkowie są obrzydliwie bogaci, lecz wyrzekli się swojej córki, po tym jak wzięła ślub z własnym wujkiem – dużo młodszym bratem ich dziadka i jednocześnie ich tatusiem. Wdowa chce ponownie wkupić się w łaski umierającego ojca, aby wpisał ją do testamentu. Istnieje jednak problem. Mężczyzna nie może dowiedzieć się o istnieniu jej potomstwa – owoców grzechu. Razem ze swoją diaboliczną matką Corrine umieszcza więc dzieci w jednym z nieużywanych pokoi w rezydencji obiecując, że to tylko tymczasowe rozwiązanie. Czas jednak ciągnie się w nieskończoność, a dzieci z trudem starają się przywyknąć do nowej sytuacji.



„Kwiaty na poddaszu” są niezwykle wciągające. Zaczęłam je czytać dosyć późno z zamiarem odłożenia ich po kilku rozdziałach. Dlatego ze zdziwieniem zorientowałam się w końcu, że zaczyna świtać i zbliża się czwarta nad ranem. I tylko wizja wściekłej miny mojej babci, gdyby zorientowała się, że nie śpię, zmusiła mnie do przerwania lektury na kilka godzin.



Z niepokojem pomieszanym z fascynacją śledziłam losy rodzeństwa. Patrzyłam jak stopniowo budują małą rodzinę. Cathy i Chriss przyjęli role rodziców i otoczyli miłością bliźnięta, które tak bardzo tego potrzebowały. Podziwiałam ich za to, jak odpowiedzialnie się zachowywali. Obserwowałam, jak z biegiem czasu dzieci coraz bardziej odsuwają się od matki i zbliżają do siebie.


„Z każdej książki, którą przeczytałam, zaczerpnęłam jeden paciorek filozoficznej mądrości, a wszystkie nawlokłam na różaniec, który miał mi wystarczyć do końca życia.”


Zaraz po skończeniu książki byłam nią zachwycona i gdybym „na gorąco” pisała recenzję dałabym jej najwyższą ocenę. Jednak po przemyśleniu kilku spraw dostrzegłam w niej trochę wad i niedociągnięć, których nie zauważyłam, będąc tak pochłonięta fabułą. Nie zmienia to jednak faktu, że książkę uważam za bardzo dobrą i godną polecenia.



Narratorką powieści jest Cathy, co jest równoznaczne z jej prostym językiem. Autorka trochę za bardzo starała się stylizować go na odpowiedni dla dwunastolatki, jednocześnie snując głębokie rozważania na temat życia i miłości.


Dostajemy tutaj cały wachlarz różnych i mocno przerysowanych postaci. Babcia jest do szpiku złą dewotką, której jedynym zajęciem jest uprzykrzanie życia zrodzonym z grzechu wnukom. Cathy i Chris są niezwykle dojrzali. Od momentu przyjazdu bez trudu opiekują się młodszym rodzeństwem. Bez zająknięcia karmią je, uczą czytać i pisać, kładą do snu. Bliźnięta natomiast niczym szczególnym się nie wyróżniają. Zachowują się jak dużo młodsze od siebie dzieci. Nie rozumieją połowy sytuacji, nie mają własnego zdania. Są tylko tłem wydarzeń.



Mocno wyolbrzymiona jest też przemiana Corrine. Żadna kobieta nie zmienia się tak gwałtownie z idealnej rodzicielki w egoistycznego potwora. Poza tym skoro na początku była taka cudowna nie wiem, dlaczego podjęła takie, a nie inne decyzje.



Nie rozumiałam też dlaczego, z czysto praktycznego punktu widzenia, rodzeństwo wciąż przetrzymywane było pod poddaszem. Ze względu na panoszącą się wszędzie służbę, czy ciągłe przyjęcia z masą gości zabieg ten był niezwykle ryzykowny. W każdej chwili ktoś mógł odkryć ten mały „sekret”. O ile wygodniejsze i bezpieczniejsze dla matki i babci dzieci byłoby umieszczenie ich w jakimś małym mieszkanku poza miastem pod opieką niańki.



Pojawia się tam też kilka przesadzonych i niespójnych sytuacji. Życie na poddaszu zostało przedstawione tak, jakby była to co najmniej zatęchła piwnica, a przecież dzieci tonęły w luksusowych ubraniach i zabawkach. Skoro jednak warunki były tak tragiczne, to chęć ucieczki pojawiła się stosunkowo późno.



„Miłość nie zawsze przychodzi, kiedy się tego chce. Czasami się po prostu przydarza mimo naszej woli".”



Jak już wspomniałam te niedociągnięcia nie przyćmiewają mojego obrazu książki. Fabuła jest na tyle interesująca i wciągająca, że aż tak mi nie przeszkadzały. Książka porusza problemy fanatyzmu religijnego, nietolerancji, konieczności szybkiego dorastania, zachłanności, moralności, dojrzewania w zamknięciu, czy kazirodztwa. Zadaje też ważne pytania o system wartości człowieka. Przez hiperbolę autorka uwypukliła pewne zachowania zmuszając czytelnika do refleksji nad sobą.



Książka zdecydowanie nie jest lekkim czytadłem. Wymaga przemyślenia pewnych spraw i określenia własnego stanowiska. Cieszę się, że na mojej półce stoi już kolejna część i nie będę musiała długo na nią czekać. 5/6.



Motyw życia w zamknięciu przypominał mi „Pokój” Emmy Donaghue, tylko, że w „Kwiatach…” zamiast porywacza noszącego klucz od więzienia były przerażająca babcia i ukochana mamusia. Polecam więc książkę wszystkim fanom serii V. C. Andrews.

30 czerwca 2013

Hogwarcie witaj!


Razem z alice wciąż jeszcze nie przeczytałyśmy „Harrego Pottera”. ( Wiem, wstyd :P) Postanowiłyśmy więc to nadrobić i stworzyłyśmy przy okazji wyzwanie. Zapraszamy Was do wspólnej zabawy. (Podlinkowałam baner do strony wyzwania.) :)


P.S. Wiem, że ostatnio baaardzo zaniedbywałam Was i bloga, ale miałam urwanie głowy. Postaram się jednak jak najszybciej to nadrobić, więc w najbliższym czasie możecie spodziewać się masy recenzji i małego konkursu.