Ile w swoim życiu słyszeliście
wizji końca świata? Wielki potop, spadający meteoryt, zmiana biegunów Ziemi,
wybicie naszej planety z orbity przez inną… Wraz ze zbliżającym się ostatnim
dniem kalendarza Majów i jednocześnie najpopularniejszą przewidywaną datą
Apokalipsy, zewsząd zasypują nas książki, filmy, czy seriale poświęcone tej
tematyce. Pomysłów, jak miałby owy koniec wyglądać, jest mnóstwo. Jednak czegoś
takiego jeszcze nie było. Ale zacznijmy od początku…
Mamy kolejny zwykły poranek. Rodzice
przeglądają gazety. Jedenastoletnia Julia wraz z przyjaciółką Hanną, która u
niej nocowała, szykują się do szkoły. Mama wychodzi po obwarzanki do sklepu.
Kiedy wraca, jest bardzo zdenerwowana. Mówi, że stało się coś strasznego. Ale
mama zawsze przesadza. Robi z igły widły. W końcu jednak, Julia, na wyraźną
prośbę matki, zrezygnowana włącza telewizor. I wtedy spada na nich przerażająca
wiadomość. Nastąpiło spowolnienie, mówią naukowcy. Dzień zaczyna się wydłużać,
Ziemia obraca się coraz wolniej. Nikt nie wie jaki to będzie miało wpływ na
ludzi. Jedno jest pewne – nic już nie będzie wyglądało tak, jak dawniej.
„Ostatecznie zdarzają się nie te
katastrofy, których oczekujemy, lecz te, których wcale się nie spodziewamy.”
„Wiek cudów” to chyba pierwsza
historia o końcu świata, którą czytałam, nie skupiająca się przede wszystkim na
samym kataklizmie, a raczej na zachowaniu ludzi w czasie zagrożenia. Jeżeli
szukacie brutalnych scen pełnych rozlewu krwi, to źle trafiliście. Nie ma tu
również statków kosmicznych, roztrzaskującej się w drobny mak Statuy Wolności,
czy wybuchających wulkanów. Ale wiecie co? To bez znaczenia, bo przez to książka
wydaje się jeszcze bardziej realistyczna.
Pierwszoosobowa narratorka w
postaci Julii jest trafem w dziesiątkę. Dziewczynka więcej obserwuje, niż sama
ocenia, wydarzenia. Wraz z nią poznajemy zasady nowego świata. Widzimy również,
jak Julia dorasta i zaczyna rozumieć, że życie nie zawsze jest takie kolorowe,
jak by się mogło wydawać.
„[…] miłość się kończy, ludzie
zawodzą, czas płynie, epoki przemijają.”
Jak dla mnie dużym minusem był
brak autentyczności głównej bohaterki. Ja wszystko rozumiem. Wiem, że dzisiaj dzieci
szybko dojrzewają i zaczynają uważać się za „dorosłe”. Ale od kiedy to małe
dziewczynki piją na umór, obściskują się ze starszymi facetami i chodzą na
całonocne, dzikie imprezy? Za mała na stanik, ale wystarczająco duża na takie
rzeczy? Uważam, że w tym miejscu autorka trochę przesadziła. Do tego, momentami
akcja trochę się ciągnęła. Brakowało jej dynamizmu. To wyglądało tak, jakby
wraz z obrotami naszej planety, życie Julii również ulegało spowolnieniu.
Pomimo tego, „Wiek cudów” to
książka, która na długo zostanie w mojej pamięci. Ciepła, melancholijna i
skłaniająca do refleksji historia. Opowiada o przyjaźni, miłości i trudnych
wyborach w obliczu zagrożenia. Ma własny klimat. W te zimne, jesienne wieczory,
czytelnik czuje się, jakby rzeczywiście znalazł się w gorącej Karolinie. Niepokojąca
i zaskakująca. Inteligentna analiza ludzkich zachowań. Z niecierpliwością
czekam na powstający film. 5/6.