Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karen Thompson Walker. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karen Thompson Walker. Pokaż wszystkie posty

3 października 2012

Karen Thompson Walker „Wiek cudów”



Ile w swoim życiu słyszeliście wizji końca świata? Wielki potop, spadający meteoryt, zmiana biegunów Ziemi, wybicie naszej planety z orbity przez inną… Wraz ze zbliżającym się ostatnim dniem kalendarza Majów i jednocześnie najpopularniejszą przewidywaną datą Apokalipsy, zewsząd zasypują nas książki, filmy, czy seriale poświęcone tej tematyce. Pomysłów, jak miałby owy koniec wyglądać, jest mnóstwo. Jednak czegoś takiego jeszcze nie było. Ale zacznijmy od początku…

Mamy kolejny zwykły poranek. Rodzice przeglądają gazety. Jedenastoletnia Julia wraz z przyjaciółką Hanną, która u niej nocowała, szykują się do szkoły. Mama wychodzi po obwarzanki do sklepu. Kiedy wraca, jest bardzo zdenerwowana. Mówi, że stało się coś strasznego. Ale mama zawsze przesadza. Robi z igły widły. W końcu jednak, Julia, na wyraźną prośbę matki, zrezygnowana włącza telewizor. I wtedy spada na nich przerażająca wiadomość. Nastąpiło spowolnienie, mówią naukowcy. Dzień zaczyna się wydłużać, Ziemia obraca się coraz wolniej. Nikt nie wie jaki to będzie miało wpływ na ludzi. Jedno jest pewne – nic już nie będzie wyglądało tak, jak dawniej.

„Ostatecznie zdarzają się nie te katastrofy, których oczekujemy, lecz te, których wcale się nie spodziewamy.”

„Wiek cudów” to chyba pierwsza historia o końcu świata, którą czytałam, nie skupiająca się przede wszystkim na samym kataklizmie, a raczej na zachowaniu ludzi w czasie zagrożenia. Jeżeli szukacie brutalnych scen pełnych rozlewu krwi, to źle trafiliście. Nie ma tu również statków kosmicznych, roztrzaskującej się w drobny mak Statuy Wolności, czy wybuchających wulkanów. Ale wiecie co? To bez znaczenia, bo przez to książka wydaje się jeszcze bardziej realistyczna.


Pierwszoosobowa narratorka w postaci Julii jest trafem w dziesiątkę. Dziewczynka więcej obserwuje, niż sama ocenia, wydarzenia. Wraz z nią poznajemy zasady nowego świata. Widzimy również, jak Julia dorasta i zaczyna rozumieć, że życie nie zawsze jest takie kolorowe, jak by się mogło wydawać.

„[…] miłość się kończy, ludzie zawodzą, czas płynie, epoki przemijają.”

Jak dla mnie dużym minusem był brak autentyczności głównej bohaterki. Ja wszystko rozumiem. Wiem, że dzisiaj dzieci szybko dojrzewają i zaczynają uważać się za „dorosłe”. Ale od kiedy to małe dziewczynki piją na umór, obściskują się ze starszymi facetami i chodzą na całonocne, dzikie imprezy? Za mała na stanik, ale wystarczająco duża na takie rzeczy? Uważam, że w tym miejscu autorka trochę przesadziła. Do tego, momentami akcja trochę się ciągnęła. Brakowało jej dynamizmu. To wyglądało tak, jakby wraz z obrotami naszej planety, życie Julii również ulegało spowolnieniu.

Pomimo tego, „Wiek cudów” to książka, która na długo zostanie w mojej pamięci. Ciepła, melancholijna i skłaniająca do refleksji historia. Opowiada o przyjaźni, miłości i trudnych wyborach w obliczu zagrożenia. Ma własny klimat. W te zimne, jesienne wieczory, czytelnik czuje się, jakby rzeczywiście znalazł się w gorącej Karolinie. Niepokojąca i zaskakująca. Inteligentna analiza ludzkich zachowań. Z niecierpliwością czekam na powstający film. 5/6.